„rzuciłem palenie i kościół też”

słowem wstępu

Prawie każdy w swoim życiu przechodzi etap spróbowania papierosów, albo ich nałogowego palenia chociażby w okresie licealno jakimś tam. Mnie się ten okres przedłużył prawie do końca studiów. Na szczęście ten nieszczęsny etap mam za sobą, a przed nim dziesiątki jeśli nie setki”rzuceń”, więc mogę śmiało nazywać siebie ekspertem 8) 

kiedy co i jak?

Jakiegoś pierwszego papierosa się próbowało w gimnazjum, prawie każdy w moim otoczeniu palił lub popalał. Było się wtedy ubercool. Jedni tak niwelowali stres(ach to życie nastolatka), inni palili bo reszta paliła, ktoś twierdził, że uwielbia smak papierosów a niewielka garstka się przyznawała do nałogu. Ja należałem do każdej po trochu i nie na raz. Etapami przechodziłem różne tłumaczenia tak naprawdę do końca nie wiedząc dlaczego palę, a w zasadzie wtedy popalałem. Pewnym jest, że ktoś palenia musi Ciebie nauczyć. Samemu to niesmaczne gówno na trzeźwo jest nie do przyjęcia. Więc mi pomogło kilku kumpli, najpierw częstowanie. Dużo częstowania. Aż dochodzi do własnych paczek, wtedy Ty częstujesz. W kielni zawsze był telefon, klucze, zapalniczka i cygarety.

zmuszanko.

Na początku w zasadzie się zmuszałem chyba do każdego papierosa. Ale się paliło, dymki się puszczało i w ogóle. Często po fajku padało pytanie „będzie pan pawiował?”i choć nigdy to się nie zdarzyło, były momenty, że ledwo stałem, bo tak mi się we łbie kręciło. Trucizna, a co kurwa! Ale nic tam! Leci dym! Po jakimś tam nielegalnie wypitym piwie papierosy wchodziły znacznie, znacznie lepiej. Nie wiem jak to działało, ale paliło się całkiem przyjemnie. Tak to pamiętam w każdym razie. Miałem sporą przerwę w tym swoim pożal się borze popalaniu i znów ktoś mnie nauczył. Wtedy na cacy wpadłem. Ale ilu ludzi poznałem to moje. Każda przerwa w szkole, spotkania przed i po co chwila nowa morda, albo stare się widziało. Później były spotkania poza szkołą, chodzenie na imprezy, koncerty itd. Było super. Zwłaszcza, że fajki kosztowały wtedy między 3.5 a 6 zł najdroższa paczka. I jeszcze się składali!

nałóg.

W końcu było tak, że się uzależniłem. Etapy tego uzależnienia miałem dość zabawne. Był nawet czas, że wbiłem do dwóch paczek dziennie. Paliłem mnóstwo papierosów. W chuj można rzec. Z początku paliłem po śniadaniu, w drodze do szkoły, później na którejś przerwie i dopiero po szkole. Gdzieś tam jeszcze wieczorami. Śmieszniej się zrobiło, kiedy śniadanie zamieniłem na kawę i 3 papierosy. o 6 rano. Ja pierdolę. Po śniadaniu wychodziłem na zajęcia. Po drodze 4 papieros. Dochodziłem na SKM akurat na długość fajka. Czekałem na kumpelę i jak mieliśmy czas to jeszcze jeden. 25 min później stacja Żabianka, wysiadamy i kolejny na trasie SKM – uczelnia. 10 min do zajęć i ekipa przed wejściem? Stara dawaj ognia! Po pierwszym bloku zajęć kolejny, kolejny, kolejny, kolejny. Kurwa mać ile tego było. Wracam i to samo. Do SKM bucham, z SKM bucham. W domu pseudożarcie, kawa i 3 fajki, ofkors. Wraca kumpel, balkonik i lecimy z tym gównem. Nudzę się… A, zajaram i pomyślę nad zajęciem! Ogólnie czego bym nie robił palenie stało się priorytetem.

od jutra nie palę.

Jeśli chodzi o rzucanie to wypróbowałem wszystkie metody jakie wygooglałem, na jakie sam wpadłem i jakie ktoś mi podpowiedział. Oprócz farmakologii. Nie lubię tabsów. W ogóle mało tego biorę. Jedynie gdzieś na osi czasu aspiryna jak czeba. Nie będę się rozczulał na poszczególne lata kiedy pierwszy raz a kiedy drugi, a kiedy sraki faki baki bo tego po prostu nie pamiętam. Tyle razy kurwa mać rzucałem. Serio. Co roku od 1 stycznia z babcią i myślę, że gdzieś raz w miesiącu sam. Z różnych przyczyn. Najczęściej rzucałem na wiater „trzeba to skończyć” i tyle.

namber łan. trzymajcie się.

Jedną z pierwszych metod jakie wypróbowałem to ograniczenie palenia. Zacząłem w styczniu. Tłumaczenie oczywiście, co by organizm szoku nie doznał, że nagle fajek nie ma to stopniowo, hehe. No to sobie wyznaczyłem 4 papierosy dziennie. 1 do porannej kawy, 1 gdzieś koło południa na przerwie, 1 do popołudniowej kawy i ostatni gdzieś przed snem. Jak ktoś próbował tej metody pewnie już wie co się stało. Godzina po pierwszym papierosie dialog sam ze sobą:

– Ej to zapalmy teraz tego drugiego zamiast w południe. Do tej 17 jakoś wytrzymamy.
+ Dobra! (a co? Miałem sam sobie odmówić?)

Południe.

– Słuuuuuchaj. Zapalimy tego z popołudnia, dzisiaj i tak jedziesz na basen to nie będziesz pić kawy po południu.
+ No w sumie… (trzask, trzask, <zaciąga się>).

ja pierdolę.

Śmiesznie się robi kiedy sam przed sobą udawałem, że mnie to nie rusza. Okejki do lustra, uśmiech i oczy w siną dal skierowane. No i rzeczywiście do tego basenu nie paliłem. Po basenie ekipa:
– Palimy?
+Nie mam.
– To bierz.

No i konsternacja, dreszcz przez ciało bo sobie obiecałem itd, 100 myśli na minutę, kurwa pierwszy dzień a ja pękam, nie! Nie dam się. To nie może być takie trudne! Kurwa jaki to problem nie palić? Co w tym takiego wielkiego? Ooo, wielcy państwo, muszą zapalić! Słabiaki. GARDZĘ WAMI! Po tych dwóch sekundach zbitych myśli:

– No to daj.

Sytuacja się oczywiście powtarza następnego dnia. Były już 3 papierosy przed 14. Do spania jakieś dziesięć godzin i jeden papieros. Surwajwal pełną gębą. Kto by dał radę? No ja nie. Oczywiście godzina kawy popołudniowej wybiła i dylemat. Chuj tam. Palę. I palę skurwysyna najwolniej jak potrafię, niby to mój ostatni papieros i wyobrażam sobie jak wydłużam sobie sztucznie życie przed egzekucją. Miałem zasadę, że jak dymi mi się napis przy gwizdku, to gaszę. Wypaliłem gnoja aż usta miałem czerwone. Gaszę, wrzucam do kiptacy, wracam z balkonu gotowy do walki, że dziś już nie palę. No. Taa. 20:00 wraca kumpel i kieruje w moją stronę paczkę smaczniusich Pall Malli. Gryzę wargę i myślę: „w zasadzie to postanowiłem, że 4 papierosy dziennie, ale moje! Miałem głównie oszczędzać, a nie rzucić tak na bank, nie? A jak rzucę to tym lepiej”. Palimy. Kilka. I do spania.

namber łan – dni kolejne.

Problem z paleniem jest taki, że jak masz świadomość w głowie, że zaraz być może skończysz z tym na zawsze to palisz w piecu jak popierdolony, fajek od fajka. Więc trzeciego dnia moje 4 pękły już przed południem. Zacząłem odejmować sobie z następnych dni. W skrócie: jeśli wypaliłem już 4, to paliłem piątego z rana dnia następnego itd. Zatem w 3 dni wypaliłem sobie zaplanowany tydzień, a po miesiącu miałem skreślony kalendarz do Wszystkich Świętych. Także ta próba dała ciała. Znaczy się, ja dałem. Ale metoda też chujowa!

namber tu.

Kolejnym durnym sposobem jest postanowienie, że palisz w określonych momentach. Wieczorami, w weekendy, do piwa, w szkole/na studiach/w pracy. Nawet sobie nie wyobrażacie jak słaba jest ta metoda. Nawet się nie ma co rozpisywać. Piwo pijesz codziennie przez pierwszy tydzień. Nie mówię, że szcześciopaki, ale jak już dwa wychylisz, to później silna wola opada i palisz normalnie. W końcu dziś wypiłem piwo, to mogę palić. W weekendy nie działa, bo często przez 2 dni nie przepalisz paczki, a jeśli przed upływem niedzieli się uda, to kupisz nową, zostaje Ci jakieś 3/4 zawartości i co? Będą tak biedne leżeć? Zwietrzeją do następnego weekendu! No to spalmy bo się zmarnują. W robocie więcej palisz jak pracujesz, bo w głowie siedzi stres, że jak stąd wyjdziesz to nie będziesz kopcić. I tak to robisz, whatever.

namber fri.

Moja ulubiona. Podoba do poprzedniej. Z tym, że masz fajki i mówisz „od poniedziałku nie palę!”. Furtka jest otwarta na taki ościerz, że przelazłaby cała rodzina kardaszianów. Bo w końcu jak Ci się skończą fajki przed poniedziałkiem, to kupisz kolejne(bo weekend) i najpewniej Ci na poniedziałek zostanie. A jak już zostanie bo nie wypaliłeś, to palisz dalej. Po prostu. I mówisz z kretyńskim uśmiechem: „no nie wyszło, hehe. Od następnego!”. Ewentualnie „kończę tę paczkę i palenie też”. Ech co tu można powiedzieć. Nawet nie kup tej paczki. Od czego masz znajomych? Każdy poczęstuje kolegę w potrzebie! Oczywiście najpierw moralnie każdy odmówi, bo w końcu rzucasz, co nie? Zresztą wiele rozmów na papierosie skłaniały się ku tematowi skończenia palenia. Albo się mówiło z dupy franc „muszę rzucić” i już.

kolejne próby.

Metod było jeszcze więcej, często to były wariacje w/w. Robiłem to tyle razy, że nie jestem w stanie zliczyć. Miałem natomiast przełom w głowie, kiedy odkryłem okrutną prawdę, że fajki są dla mnie najważniejsze. Czego bym nie miał zrobić, myślałem pod kątem palenia. Ustalanie budżetu, organizacja czasu, wybór knajp. Natomiast miałem dwie paskudne sytuacje. Te momenty były na tyle chujowe, że wolałbym ich nie opisywać. Po prostu wyobraź sobie moment w życiu, kiedy najbardziej było Ci wstyd i pomnóż to razy 5. Dramat. I to przed samym sobą.

nowa metoda.

Któregoś dnia spotkałem kumpla, który rzucił palenie w sposób następujący: przestał palić. Haha. Kurwa jasne. Jak? Ano pomogła mu książka o niebanalnym tytule „Jak skutecznie rzucić palenie”. Słuchajcie, gościu gadał do mnie, jakby mu przeprali mózg. Dosłownie. Ale nie potrafiłem jemu odbić ani jednego argumentu na temat palenia. Jeśli ktoś będzie chciał przeczytać tę książkę, to bez problemu znajdzie ją za darmo dostępną w internetach. Autor nazywa się Allen Carr. W zasadzie nie wiem na ile sama książka mi pomogła, bo nie paliłem już jak ją czytałem. Durna prostota tekstu w niej zawartego jest genialna. Nie chcę bardzo spojlerować. Ale głównym przekazem do palaczy, jest powiedzenie im wprost: boisz się rzucić palenia.

ehe, jasne.

Jasne. Spytaj jakiegoś palacza, czy może rzucić w każdej chwili? Oczywiście odpowie, że tak. Tylko nie chce. Główny argument. Mogę w każdej chwili jeśli zechcę, ale nie chcę. Lubię palić, dlaczego mam rezygnować z przyjemności. To jest kurwa takie kłamstwo, że aż boli. Nikt, absolutnie nikt nie lubi palić. Czekoladę też lubią, ale nie jedzą jej na okrągło. Dlaczego nie jest tak z paleniem? A może Ciebie już tak pytali?

Nie ma czego się wstydzić. Znaczy, jest czego. Raczej: nie ma co się wypierać. Każdy chce gdzieś w odmętach niezadymionej części muskó rzucić palenie. Symptony „głodu nikotynowego” trwają raptem kilka godzin. Później jest już tylko robienie w porty, że zrywa się z papierosami. Że to koniec, nie będzie palenia, jak życie bez papierosów w ogóle wygląda? Ja nie pamiętałem. W ogóle sobie nie wyobrażałem nie palić. Teraz sobie nie wyobrażam nałogowo palić.

ja lubię.

Co do samej przyjemności z palenia, ja po 5 latach twierdzę, że lubiłem palić. Znaczy, lubiłem puszczać dym. Po prostu. Na to obwieszczenie dostawałem infomację, że są te e-papki z wkładem bez nikotynowym. Fajnie. Ale aż tak nie tęsknie żeby kasę wywalać na puszczanie dymu z baterii. Bardziej mi odpowiada shisha(czy jak to się tam pisze). Puszczasz tony dymu i ładnie pachnie. U-wiel-biam. Choć dawno nie paliłem. Noł preszer.

na koniec.

W zasadzie cała tajemnica tkwi w chceniu. Jeśli chcesz rzucić, to rzucasz. Nie ma w tym ukrytej ideologii na temat głodu nikotynowego, podjadania żeby go zabić i przytycia przy okazji, ograniczania palenia, namaszczania się olejkami z moczu wielbłąda, leżenie krzyżem pod kościołem czy akupunktury. Chociaż jeśli chcesz, a cokolwiek z tych rzeczy ma Tobie pomóc, to dawaj na tapet z tym! Bo ja wychodzę z założenia, że nawet jeśli palaczowi upierdoli się ręce, to i tak znajdzie pokręcony sposób na to, żeby palić.

Głód nikotynowy znika szybko jak już pisałem, nie zajadasz głodu, tylko stres, o ograniczeniu też pisałem a wszystkie magiczne produkty czy tabsy to napełnianie kabzy firmom farmaceutycznym. Zrobisz to bez niczyjej pomocy, jeśli będziesz chciał.

Co do ograniczania jeszcze słowo: są(bo znam) osoby, które mogą palić lub nie. Ot mają ochotę: zapalą, później nie palą miesiącami, rok, dłużej, puszczą dymka od czasu do czasu.Niektórzy mówią, że to też uzależnienie, ale wg mnie mają po prostu silniejszą wolę. W razie czego życzę powodzenia!

I wanna love you, but I better not touch,
I wanna hold you, but my senses tell me to stop,
I wanna kiss you, but I want it too much,
I wanna taste you, but your lips are venomous poison.

Alice Cooper

 

Related posts

  • Zacisze Rozmaitości, Lidia

    Kurczę… no ja się chyba nie łapię w te statystyki, bo cigaretów po prostu nie paliłam. Pomijam jednorazowy epizod, kiedy to jako kilkulatka (tak!) dorwałam się do jednego egzemplarza i próbowałam coś tam z tej pałki uruchomić. W porę nadeszła rodzicielka, próba dorosłości zakończyła się fiaskiem i obszernym wykładem na temat zgubnych efektów nałogu – a autorem ów przemowy była nałogowa palaczka… Nieistotne, jakoś chyba na mnie ta tyrada słowna podziałała, bo jakoś do tej pory trzymam pion. Przyznaję, że mimo mojej „zieloności” w tej kwestii przeczytałam cały wpis 🙂

    • Dimek

      Dzięki 🙂 Mnie babcia poczęstowała jak byłem mały i poprzysiągłem, że nigdy nie będę palił. Cóż… 🙂 Pozdrawiam!

  • Ania Ulanicka

    Hihi, to tak jakby o mnie i kawie. Tylko jej nie rzucę, nigdy na świecie. 😀

    • Dimek

      o nie, kawa to podstawa 🙂 Przy okazji, skoro tak kawę kochasz to polub na fb profil, bo za niedługo mam zamiar sporo dobrego napisać o kawie właśnie:) Może trochę wiedzy uszczykniesz, albo ja się dowiem czegoś od Ciebie! 🙂

  • Koturystka

    Nigdy nie paliłam (nawet nie wiem, jaki papierosy mają smak), ale widzę wokół siebie, jak trudno jest rzucić palenie. Zresztą, jak każdy nałóg. Gratuluję i trzymam kciuki za wytrwanie.

    • Dimek

      Jaki mają smak, hm… Wystarczy, że ktoś Ci prosto w nos dmuchnie dymem na ulicy. Mniej więcej taki:) Ja żałuję, że kiedykolwiek zacząłem.

  • Anna

    Mnóstwo moich znajomych przerabiało schemat: rzucam – ostatni papieros jeszcze – nie palę już tydzień – impreza: ups. znów palę 😉
    Mnie ten problem nie dotyczy, bo jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do papierosów, ale myślę, że sedno tkwi w tym, co napisałeś – trzeba chcieć palić lub chcieć nie-palić.

    • Dimek

      Jak ze wszystkim. Jeśli bardzo czegoś chcemy to się da 🙂 Pozdrawiam!

  • Monika

    Mam fajki już dawno za sobą. Pewnego dnia powiedziałam sobie nie palę i o, tak jest do dziś, czyli już prawie 5 lat. Gratuluję silnej woli i czekam na kolejne story.

    • Dimek

      Gratuluję. Kolejne będzie o innych uzywkach, ale bardzo przyjemnych 🙂