czemu w domu capi?

Na wstępie zazwyczaj wciska się fajną zajawkę na opisany niżej temat. Ja poczuwam się do obywatelskiego obowiązku wytłumaczyć, czemu nie pisałem dłuższy czas. A zatem po zacnym kursie zaczęło się ostre szukanie pierwszej pracy w nowym zawodzie. Wyścig warchlaków itd. Trochę zadań rekrutacyjnych zajęło mi lwią część czasu wolnego(w zasadzie cały), jakieś pierdolety żeby przyciągnąć uwagę pani z haeru i takie tam. Jedną taką dałem na koniec w linku. Wpis będzie natomiast o psie. Moim psie.

Skund?

Mam wrażenie, że już skrobałem co nie co o tym, ale przypomnę. Ze starą jeszcze zanim padło z ust ‚tak’, wiedzieliśmy że chcemy psa. Nigdy ścirzucha nie miałem. Jak się czegoś nie miało, to nigdy nie wiesz na co do końca się piszesz. Miał być owczarek holenderski, w którym pokłady miłości były bezgraniczne. Ale muski za długo zwlekały z decyzją i szczeniak polazł w diabły do kogoś innego. Trudno.

Luba dygała do schroniska wtedy jeszcze w Gdyni i wyprowadzała co rusz jakiegoś pieseła na spacer. Obczaiła tam szczenię, wyglądające jakby nietoperz w przelocie wyruchał owczarka niemieckiego. No i 10 min przed zamknięciem miała go odwiedzić na koniec, ale ziomek co ma kombajn do zbierania psów bezdomnych, wnosi pod pachą białe coś. Stara od początku miała tak, że zamiast mnie słuchać gapiła się na psy. Priorytety, co poradzę. No i jak zaczarowana ciśnie za gościem z białym dywanem pod pachą. Stawia ów dywan na ziemi i debata wśród ekipy, kto TO ma wziąć do domu, bo za ładne, żeby zostało. A TO patrzy na boki i nie czai bazy. Ja już mam 5 psów na tymczasowym, mnie matka z domu wypierdzieli jak jeszcze coś przyniosę, ja jadę w Bieszczady i nie mogę. Ja wezmę! – krzyknęła w zgiełku moja. Zbiorowy zonk w oczach i oświadczenie: OK! To ja przyjadę po TO jutro. Muszę porozmawiać z mężem. Albo teraz, albo wcale.

stary, słuchaj!

Siedzisz na uczelni i ogarniasz ćwiczenia w ciąży, po czym telefon bzyczy. Wie, że mam zajęcia, więc na bank coś się stało.

– No, cześć.
+ Co się stało?
– No, mamy psa.
+ Aha, no dobrze. To wszystko?
– Tak, cześć!

Byłem pewien, że wyprowadziła coś na spacer i jej kapcie z miłości spłonęły i po prostu oświadczyła, że „mamy psa”. No. Tak…

zakupy.

Jak wiecie, coś co kocham. Kup to i to i to i to i to i to. W domu nie ma misek, spania, karmy, worków na sranko. Obrożę i smycz dało Ciapkowo na szczęście. Nie znałem się kompletnie, kupiłem pedigri dżunior w jakichś saszetkach, dwie miski, plastikowe parówki w okularach przeciwsłonecznych na sznurku(tak) i dzida do kasy.

Były wtedy u znajomych, pies spał za kanapą, więc nie zdążyłem się jej dobrze przyjrzeć. Dopiero w domu zacząłem oglądać jakie to ładne było.

milczens

Futerko jak baranek, jedno oko do połowy niebieskie, węglowy nosek i śmierdzące skarpetą łapy. Nie można się nie zakochać. Jednak rozsądnie dałem temu 3/4 miesięcznemu białemu stworowi 2 tygodnie, bo być może ktoś jej szuka.

Nie szukał.

pies śpi na ziemi.

Takie było moje założenie. Ale padło: „no ona taka biedna, wyrzucili ją z tego pociągu i wogle, niech na razie śpi z nami, a później się ją nauczy”. Ok, 2 tygodnie. Następnie okazało się, że pies chory: „nooo ona taka chora, niech śpi z nami bo tak w stadzie pieski robią”. „…”. Itd, itd, itd, aż doszło do tego, że pies śpi na stałe. Co zimą jest mega fajne. Co tam, że budzisz się z sierścią w gębie. Zresztą o samej sierści później.

początki.

Okazało się, że pies ma 834518723012 lęków. Boi się ciemności, ludzi, psów, kotów, cieni … Absolutnie nie był to ciekawski szczeniak. Na szkoleniu wyszło, że była bita czym popadło. Chodzenie do przedszkola, ćwiczenia w grupie, treningi w domu, sztuczki, komendy, posłuszeństwo na tip top. Było mega. W domu. Na dworze pies był nie do zniesienia. Ogólnie czystość ogarnęła w trymiga, jednak tak bała się wyjść na zewnątrz, że wolała walić w domu.

Więc, przez pierwsze miesiące wstawaliśmy na zmianę kilka razy w nocy, żeby posprzątać kupsko, którego nie raczyła walnąć na dworze. Gdybyśmy mieli parkiet, to byłoby sprzątnięte w trymiga. No ale niestety, wykładzina ten czas wydłużała.

Jak już się z tym uporaliśmy i trzeba było należycie sprzątać po psie na dworze, to i bez małych przygód się nie obyło. Zanim ogarnęliśmy woreczki, korzystaliśmy z takich papierowych toreb, co się bawisz w pierdoloną koparkę i dziobiesz gówno z ziemi. Jak był śnieg, to było łatwo. Problem był w tym taki, że miałem obie ręce zajęte. Raz położyłem torebkę z pakunkiem, żeby odebrać telefon to oczywiście mój nagle ciekawski pies załapał to w mordę i zaczął owej torebce „łamać kark”. Gówno było wszędzie.

Po tej akcji poszedłem kupić woreczki. Pieseł sra, ja wyciągam, przygotowuję się do manewru, a tu jeden worek zaklejony z obu stron. No trudno, chowam do kielni. Drugi w porządku. Łapię kupsko w worek, przeciągam na drugą stronę, a tu wierzcie lub nie. W jednej ręce worek, w drugiej gówno na dłoni. Ten drugi dla odmiany miał otwory po obu stronach. Innym razem jak wdepnąłem w trzy gówna każdym butem sprzątając jedno swoje, to zadałem sobie pytanie: to na chuja ja sprzątam?!

sierść.

Znałem i znam mnóstwo ludzi, którzy mają psy czy koty. I nigdy przenigdy nie widziałem, żeby ktokolwiek miał taki problem z sierścią jak jest to u nas. Sierść jest WSZĘ-DZIE. Otwieram lodówkę – sierść. Hermetycznie zamknięty jogurt? Pf. Tam już jest sierść. Z butów wydłubujesz sierść. Jedni skubią rybę z ości, ja skubię kurczaka z sierści.

Czesanie pomaga, nieznacznie. Mamy Furminatora, który jest mega, ale za dużo to nim nie można ciskać. Więc jest i gumowe zgrzebło, które też nieźle daje radę. To jednak mało. Masz czarne spodnie? Zapraszam. Mój pies kocha ocierać się o czarne spodnie. Zwłaszcza takie, do których sierść super przylega.

Swego czasu stosowaliśmy krople na wypadanie sierści. W składzie było głównie białko surowe i witaminy. Wciskało się to do żarcia i miał być cud. Za pierwszym razem było ekstra, za drugim praktycznie bez różnicy. Ale co poradzę, kocham tę mordkę.

#dog #masterofbalance #cartrip #curiousdog #dogtrip #iwtedyprzyszedłmaj #radiozet kocham tę mordę

A post shared by Front-End Developer (@dimekkk) on

szkolenia.

Po przedszkolu zaczęliśmy chodzić do fundacji Dogtor, która szkoli dogoterapeutów, na indywidualne szkolenia. Tamte spotkania odmieniły nam psa na dobre. Przestała się bać praktycznie wszystkiego. Włącznie z dziećmi, które stanowiły największy problem. Na wakacje pies był ułożony, na cmoknięcie przy nodze, mogłem ją wszędzie puścić bez strachu, że kogoś obszczeka i będzie afera „zabierz pan tego kundla bo wezwę policmanów”.

Przełomem w naszym życiu była wygrana z gównem. Ale nie tym wysranym, tylko tym zjedzonym. Otóż miała fazę na jedzenie gówna. Jeśli kogoś interesuje, to psy nie jedzą psiego gówna, więc wyobraźcie sobie np. ludzkie G na środku parkingu. Z widokiem na okna mieszkań. Wychodzi, że jak człowieka ściśnie, to narobi dosłownie w każdym miejscu.

W każdym razie: z samego rana pojechaliśmy na plażę. Najpierw mieliśmy pobiegać, a później zjeść śniadanie na takiej „łące”, więc w bagażniku koc i inne duperele. Łąka jest tak naprawdę psim parkiem w Orłowie z dostępem do psiej plaży. Miejsce jest cudowne, spokojne i bardzo, bardzo duże. Po bieganiu rozkładamy koc, wcinamy to co tam mamy, pies to sobie leży, to sobie chodzi i wącha. W pewnym momencie idzie za krzaka i wychodzi z wielkim cygarem w pysku i patrzy na nas. 5 minet proszenia, mówienia, nawoływania, używania komendy do zostawienia i udało się! Wypluła naszą największą bolączkę. Niestety był tylko jeden problem. Otóż jak zjesz czosnek to czuć, dość długo. Z gównem podobnie. Odechciało nam się kończyć śniadania, więc spakowaliśmy się i poszliśmy do auta. A w samochodzie tak jak normalnie leży z tyłu i próbuje zasnąć, nawet jeśli to jest krótka podróż, tak teraz wystawiła pysk między nas i dyszy, bo jej gorąco. Ludzie kochani jak jebało! Nawet nie wiecie jak się ciężko ze łzami w oczach i głową za oknem prowadzi! No, ale wygraliśmy!

Po przeprowadzce do Kołobrzegu odjebała tylko jeden taki gig: zjadła bliżej nieokreślone wielkie śmierdzące gówno, po czym zwróciła je na podłogę. 3h godziny później. Zgadnijcie, kto sprzątał. Miałem na nosie 2 arafaty i szalik. Ciepło mnie się robi na samo wspomnienie. A pies dumien. A jak.

W zasadzie mogę śmiało stwierdzić, że Mila była najgrzeczniejszym psem na plaży podczas tych porannych biegów. Pomimo tych wybryków. Ale do czasu…

wyCIECZKA do ciemnej strony muskó.

Jak dostała cieczkę w końcu, to się cieszyliśmy, bo wiedzieliśmy, ze będziemy ją mogli w końcu wysterylizować. Okazało się, że hormony tak silnie działają w głowie psa(przynajmniej w tym przypadku), że kompletnie jej odbiło. Co prawda w ogóle nie latała za innymi psami, wręcz się broniła(dumien), ale w głowie miała to, co 90% ludzkich nastolatek. Czyli psiu bździu. To, co pokazała swoją mroczną stroną czasem przechodziło moje wszelkie wyobrażenia. To nie był mój pies! Poza tym lista adoratorów była dość długa, pod oknem co rusz czekał inny pies. Jeden nawet przylazł za nami z drugiego końca miasta. Wytrwały, przyznam.

W olbrzymim skrócie: to był najgorszy okres w posiadaniu psa/suki. Wiem, że się następnym razem ciachamy przed, nie po. Na bank nie dopuszczę jeszcze raz do tego.

Dojście do pożądanego efektu pochłonęło mnóstwo czasu i jeszcze więcej energii. Po drodze próbowała kogoś capnąć w rękę, pogoniła kilkadziesiąt kotów, dzieci, starszych ludzi, wykąpała się w morzu przy -15, zjadła kilka kilogramów gówien(różnych), w kolejnych kilku się wytarzała, zniszczyła nieskończony do dziś „Sezon Burz” i 100 innych rzeczy, których nie pamiętam. Albo wyparłem z pamięci dla dobra rodziny.

kolejna przeprowadzka.

Po Gdyni był Kołobrzeg, gdzie doprowadziliśmy psa do stanu użyteczności publicznej. Codzienne długie spacery na plażę, cotygodniowe plażowe wyprawy z kilkunastoma innymi psami, wycieczki do babci itd. Kolejny na liście pojawił się Wrocław. Ze spokojem ducha stara pojechała pierwsza, ja 2 tyg później z 1/3 dobytku i psem pod dachem.

Mila całe 5h przespała. Jedyne co robiła, to kręciła się w miejscu bo lewy półdupek już się jej uleżał. Jeśli chodzi o podróżowanie czy to samochodem, czy pociągiem jest aniołem. Cała podróż jest przespana, zawsze.

W samym Wrocławiu mieliśmy obawy, bo trochę znów wariowała przez nowe miejsce, zapachy i przede wszystkim nowe miejsce, w którym śpi. Na szczęście ludzie, którzy tu mieszkają kochają psy i ich podejście bardzo nam przyspieszyło proces doprowadzenia psa do porządku. To był moment. Dodatkowo spotykałem się ze znajomymi, którzy psa również mają. Gówniary przypadły sobie do gustu, a że ich pies jest lepiej poukładany, to nasza wiele dobrego( i niestety trochę niedobrego też) skopiowała.

Co by nie było, kilka spraw trzeba podrasować. Wybraliśmy do Ani, behawiorystki, która również jest wetem. I Ania jest… Najlepsza. Od razu wiedziała co należy robić, jak pracować, jak się zachowywać, co wykluczyć, co wprowadzić. Po pewnym czasie w zasadzie nie wiem czy zauważyłem jakieś różnice w działaniu pieseła na co dzień. Ale było to wyjątkowo widać w szczególnym sytuacjach, w których się zawsze bała. Nigdy nie mieliśmy tak lekkiego Sylwestra. Przysięgam. Do tego posłuszeństwo, również. Niestety zostało wciąż kilka rzeczy, które baaaardzo ciężko wypracować. Zwłaszcza, że czasem dochodzi coś nowego. 2 miesiące temu rowerzysta zrobił jej z dupy garaż(pozdrawiam ciebie mendo jedna gestem dłoni, naucz się jeździć albo dokręć sobie kółka boczne, a mnie omijaj szerokim łukiem) i tak naprawdę dopiero dziś mogę powiedzieć, że jest ok.

W stadzie psy mają różne pozycje w hierarchii oraz ‚stanowiska’. Mojemu psu przypadło bycie psem. Znaczy się – policjantem :3  Policjant to taki typ w stadzie, co jak ktoś za ostro się bawi, ale zaczynają na siebie warczeć, wbiega pomiędzy nich i rozgania towarzycho. Porządek musi być. Niestety Mila należy do tych nadgorliwych gliniarzy, gdzie ordnung musi być zawsze. I tak oto kilka takich stale spotykających się stadek rozjebaliśmy jej zachowaniem, mimo, że Ania mówi „Bardzo dobrze robi!”. Ja się słucham Ani, a Mila się słucha mnie. Oto nasza hierarchia.

nowy pies.

Nie będę ukrywać, że myślimy o kolejnym psie. Nawet jesteśmy tego pewni. Jednak nie za życia tej pierdółki. Niestety jest rodzynkiem jak się okazało, bo jak mieliśmy na odratowanie szczeniaka na 4 noce w domu to był szał i płacz, jak jakiś pies śmie nam się w nasze idealne życie wpierdalać niczym między wódkę a zakąskę. Więc czasem padają pytania, czy też ze schroniska.

Otóż nie. Nie, że chcę rasowca, bo tak. Prawdę mówiąc kundelek jest lepszy, bo nie mieliśmy praktycznie żadnych problemów zdrowotnych, w porównaniu do ludzi, którzy posiadają rasowe psy, więc to na mega plus. Z wychowaniem też by nie było problemu(bo choć każdy właściciel pewnie to mówi, to i tak to powiem: mój pies jest mega mega mądry), gdyby nie ta trauma na samym początku. I to jest to, czego już więcej nie udźwignę. Gdyby moją pracą było odratowywanie psów i ich socjalizacja, to a i owszem. W momencie kiedy się pojawiła Mila, oboje kończyliśmy studia, więc było mnóstwo czasu na to, żeby się psem zająć. po 5 czy tam ilu latach już tego czasu jest znacznie mniej. Poza tym przyznam się szczerze, po tym jak behawioryści uświadomili nam ile pracy i energii włożyliśmy w psa, to dopiero wtedy dotarło do mnie, jak ciężko było. Bo było. Nie mówię, że na pewno nie będzie to pies ze schroniska, ale raczej nie.

Natomiast Wy, jeśli chcecie psa, ale nie wiecie jakiego, możecie mu poświęcić więcej czasu niż goldenkowi, to zachęcam was do odwiedzenia schronu. Nie zawsze jest tak, że pies jest problematyczny. Owszem prawie zawsze jest jakieś ‚ale’, jednak często się to wypracowuje w krótkim czasie. Myślę, że takich psów jak Mila jest sporo, ale procentowo do ilości psów, które szukają rodziny, jest ich nieznaczna ilość. Więc jeśli dalej nie jesteś przekonana/y do psa ze schroniska, to spróbuj go chociaż zabrać na spacer po pracy/szkole/zajęciach. I zobaczcie sami.

My przygód mieliśmy tysiące, mniej lub bardziej zabawnych. Ciężko je spisać tak, żeby tworzyły spójną chronologiczną całość, bo było tego zbyt dużo. Wiem jednak, że to najlepsza przygoda, jaką można przeżyć, bo mój dom bez psa byłby całkowicie pusty i niepełny.

Pierdoleta do haeru:
http://message.wburczyk.pl

Related posts

  • Sierść na talerzach wyjętych że zmywarki, w kupnym cieście i wszędzie. Rozumiem Cię, mam 4 czarne koteły i dziś myślę, że zwariowałam 😉
    Piękny psiak, jeszcze dużo atrakcji przed Wami. Powodzenia!:)

    • Zwariowałaś, ale na ich punkcie 🙂 Ludzie kochający zwierzęta to dobrzy ludzie. Kropka!

      • dzięki! nie rozumiem jak można ich nie kochać 🙂

  • Hehehe. Nooo ten tego, wiem o czym piszesz – niestety z autopsji. Było i jedzenie gowien (tzn nie ja – pies wcinał guano) i strach i wychodek w domu. Sierść tez. Aż ogoliłam bordera – i to była wspaniala decyzja, chociaż teść wstydzi się z nim chodzi teraz na spacer 😉

    • Nam kiedyś przez głowę przemknęło ogolenie na lato, ale z drugiej strony te warstwy sierści to nie tylko system grzewczy, ale również chłodzący 🙂 Więc regularnie staramy się czesać zgrzebłem luźną sierść i jakoś się żyje na tej wsi 🙂

  • Jak kiedyś będę miała psa, to tylko kundelka ze schroniska. Wydaje mi się, że z każdym psem są jakieś problemy – rasowe z kolei mają coraz więcej wad genetycznych, no bo, wiadomo, za dużej puli genów to tam nie ma.

    • To zależy jaka hodowla. Niestety Polska jest mała i bardzo często dochodzi do tego, że „krewni” mają szczeniaki i ryzyko chorób genetycznych wzrasta. A że psy mają inny system moralny… 😀

  • natasza c

    Przecxytalam od deski do deski. Jak bym widziala mojego psa. Wytarza sie w padlinie lub gównie i sruuu do wyra.

    • Za coś je kochamy 🙂

  • Motywacja i Organizacja

    Jej skradłeś moje serce tym wpisem 🙂 ja wzięłam malamuta po 4 lata katowania, bał się wszystkiego, pamiętam jak przywiozła mi go Pani z Fundacji wyszła elegancko z auta i w sekundę zniknęła w żywopłocie, tak się malamut nas wystraszył, że babka została pociągnięta i zniknęła 🙂 Ale teraz jest już super i tez chodzi nam drugi pies po głowie. Bardzo ciekawy wpis i świetnie napisany, wciągający, aż chcę się szybko przeczytać całość. Pozdrawiam serdecznie