somsiad.

Każdy sąsiada ma i każdy sąsiadem jest. Jak byłem mały miałem wrażenie, że wszyscy żyją ze sobą w harmonii, a dziś jakby mierzyli w siebie nożami. Wiadomo, że czasy się zmieniają i potrzeby, tudzież internety trochę nas wszystkich odseparowały. Ja z sąsiadami miałem raczej dobrze całe życie. Do czasu. Wpis opóźniony ze względu na zbieranie materiałów. 

gdynia.

W momencie kiedy mieszkałem z kumplem, a było to mniej więcej od 15 roku życia z przerwą, jako gówniarze sąsiadom daliśmy czasem popalić. Ale w granicach tak zwanego rozsądku. Na myśli mam to, że nie robiliśmy dzikich imprez z udziałem striptizerek z penisami, przez balkon nie latały meble, przed wejściem nie stała bateria butelek(stała w kuchni). Czasem zgapiliśmy się z ciszą nocną i gitarami(„chłopaki, macie zegareczki?”), a to kumpel z lenistwa nie zniósł dywanu do wytrzepania na dół(co by nie było, olbrzymi dywan) więc triumfalnie przewiesił go przez balkon i poczynił charakterystyczne ‚jeb jeb jeb’. Okazało się, że nie dość, że zafundował sąsiadce rolety to jeszcze posłał ją na test wizira ze świeżo wywieszonym białym praniem. Takie tam.

Jak byliśmy starsi(+20) to zdecydowanie wyluzowaliśmy. W klatce była cisza, a jedynie mieliśmy jedną upierdliwą, której się nie podobały nasze powroty z piwa. Nie żebyśmy robili ‚jeb jeb jeb’ po klatce. Ot sam fakt. Później poznałem starą i się wyprowadziłem. Czas najwyższy było opuścić rodzinne gniazdko.

gdynia #2.

Najpierw mieszkaliśmy w „mokrej norce”. Tak dumnie tę klitkę nazwała psiapsia starej. A to dlatego, że straszna wilgoć tam panowała. Jak spod farby zaczął wychodzić grzyb, to się wynieśliśmy. Przy wyprowadzaniu ostatnich rzeczy okazało się, że mieszkanie miesiąc przed naszym wjazdem było kompletnie zalane i niewysuszone. Ot, zapomniała babcia Halinka(#właścicielka) wspomnieć.

Z samymi sąsiadami nie mieliśmy żadnej interakcji. Poza jedną, która co noc doprowadzała się do rauszu i darła się „hit de rołd dżek! rokoko kom bek! noł mor noł mor noł mor noł mooor!”. Ale miała fajnego psa. Innym razem ktoś nam śrubki odkręcał przy zamkach. Fajnie było.

gdynia #3 

Kolejną i ostatnią stacją w tym pięknym mieście była ulica Dembińskiego. Dla tych co nie znają miasta: Grabówek – 5min od centrum. Było idealnie. Cisza, spokój, wszędzie blisko. Mieliśmy samych fajnych sąsiadów. Nerda co nakurwiał w DOTA w każdy weekend i wakacyjny wieczór i nie omieszkał używać team speaka przy otwartym na oścież oknie(„nakurwiaj go kurwa pedale!” itd), sympatyczną starszą panią co nigdy nie chciała pomocy, mimo, że poruszała się o kuli i w końcu naszych ulubionych, których poznaliśmy dopiero, jak zgarnęliśmy pieseła. Bo przez psy się poznaliśmy. Był sąsiad eks gliniarz, który codziennie gapił się na swojego czerwonego opla, jarał fajki, klnął jak pojebany(gorzej niż ja) i uważał, że miejsce postojowe pod samym oknem bloku jest wiajpi. Więc jak tylko ktoś opuścił to miejsce, zaraz zbiegał w kubotach niby to z psem i na fajkę i przestawiał furę. Śmieszniutki był. Klasyczny janusz z wąsem, żółtymi od fajek zębami, białej podkoszulce i starych wojskowych kalesonach. Oprócz jednego podpalenia przez jakąś patolę mieliśmy naprawdę mega spokój. Myślałem, że już tam zostaniemy, że zmienimy jedynie blok z kredytem i tyle. No nie.

kołobrzeg.

W Kołobrzegu dopiero się zaczęły jakiekolwiek przygody z sąsiadami. Był jeden gość, albo dwóch. Do dzisiaj kurwa nie wiem. Wyglądali tak samo, ale zawsze widziałem ich w dwóch różnych, ale zawsze takich samych outfitach. Jeden cały na czarno ubrany, drugi na ultra jasny brąz, cały. Się znaleźli kurwa, Darth Vader i Obi-Wan Kenobi. Nie mogąc dociec, czy to jedna czy dwie osoby, na mocy nadanej mi władzy ochrzciłem ich jedną ksywką: Taboret. Tak mi było wygodniej. Ogólnie obydwaj/jeden byli/był ultra denerwujący. „A pan tu mieszka? A pan to co tu robi? Wchodzi pan dziś do klatki? To pana samochód? A ja pana nie wpuszczę do klatki, ja pana nie znam. A segreguje pan śmieci? Bo doniese! Sprzątaj pan to gówno! Pan to sprzątaj, bo po straż dzwonię! A piesek to chłopiec czy dziewczynka?(xD)”. Żonka któregoś z nich nie odstawała od poziomu.

kołobrzeg #2.

Po zmianie lokum na całe 500m dalej, mieliśmy cudownych sąsiadów. Naprzeciwko starsze małżeństwo, obok rodzinka 2+2, pod nami grubasy jeżdżący na 1p windą, wyżej jakaś starsza pani i studentka czy ktoś. W bloku, słowem: cisza. Kocham ciszę. Chyba, że leci muzyka, to w zasadzie żadna(prócz disco polo) mi nie przeszkadza.

Mankamentem była jedna sprawa. Osiedle było dość nowoczesne, bardzo czyste dzięki osobom tam pracującym i samo w sobie dość ciche. Niestety zostało postawione na jakichś eks magazynach czy czymś takim, a wokół tych magazynów pobudowali „bloki”, a raczej domy wielorodzinne. Z racji takiej, ze po drugiej stronie ulicy jest port rybacki. Hej, Polska Ludowa! No i z lokatorami to tam nie bywało różnie. Raczej była to klasyczna rodzinka.pl z niebieską linią, kuratorem, mopsem i czym tam jeszcze na karku. Dzienne darcie japy, krzyki, klepanie się po twarzy, awantury o wszystko to był chleb powszedni. Widoki też nie najgorsze. Stoisz sobie z kawką na balkonie w ten lipcowy poranek, cieszysz się, że dziś wolne, delektujesz morską bryzą w rytm kurw, chujów, pierdolenia, ruchania na boku, najebania się co dzień, płaczu dzieci, wizgu matek, gorylich odgłosów mężów/partnerów. …5, 4, 3, 2, 1… Siorb. Ach…

wrocław.

Wrocław to jest kurwa hit. Wg mnie to miasto jest niesamowite pod wieloma względami. Choćby dlatego, że praktycznie każda jego część jest naprawdę piękna. Nawet jeśli to są stare kamienice Nadodrza, to wg mnie mają pełno uroku. Natomiast inną sprawą jest to, że jakby nie ma tu podziału na dzielnice pod względem takim… Patologii? Ujmując ściśle: w większości miast wiem, gdzie nie chodzić, albo ktoś wie, gdzie nie chodzić. Wrocław jest względnie bezpieczny(poza dosłownie kilkoma miejscami), jednak szlachta 500+ i innych zasiłków jest wszędzie. Nie ma tutaj tak, że na tym osiedlu/dzielni jest tylko „super” ekipa, a na tamtym tylko ta „zła”. Mam nadzieję, że wyraziłem to dość jasno i nikt się nie obraził przy okazji.

Na początku kompletnie nie mogłem przywyknąć do sytuacji jaka tutaj panuje. Słodkie dzieciaczki bawią się przed domem i: „Roksaaanaaaaaa kurwa do domu na obiaaaaaaaad!”. Czej, co…? „Już idę mamusiuuu!” Co…?! A więc codziennie posiadówki od świtu do zmroku na rauszu większym lub mniejszym. Dziś nawet uwagi nie zwracam. Trzeba przyznać stety/niestety jedno: że ich dzieci całe dnie są na dworze. Idę z psem rano tylko z jednym okiem otwartym, a ta mała ekipa już lata. Wracam z pracy: dalej latają. Znikają wraz ze Słońcem. Pewnie padają jak muchy po całym dniu na dworze. Jak ja, gdy byłem mały. Wspaniałe czasy beztroski.

Sąsiedzi z samej klatki są najlepsi w świecie. Głównie seniorzy, z którymi bardzo się lubimy choć na kawki się nie odwiedzamy. Zakochani po uszy w naszym psie, a my uwielbiamy ich za to, bo nam bardzo swoim podejściem do Mili pomogli z jej kopniętą głową. Do niedawna mieliśmy też młode małżeństwo z dwójką dzieci. Bardzo ich lubiłem, ale również bez kawek i ciastek. Taki układ mi bardzo odpowiada, #introwertyk.

wrocław #2.

Niestety młodzi szukali czegoś nieco bardziej przestronnego i w lepszej okolicy ze względu na dzieci. Totalnie kumam. No i się w końcu wyprowadzili. Następnego dnia wjechał nowy właściciel z remontem. Sąsiadka szybko mi wyśpiewała, że ktoś to kupił pod wynajem. Myślę sobie: pięknie, będą studenty. No i są. Ale nie z Polski.

I to jest gwóźdź programu właśnie. W zasadzie do dziś nie wiemy skąd są, bo przyszli tak samo nagle jak poprzedni się wyprowadzili. Nie znam wszystkich języków świata, wyglądają różnie i jest ich chyba z 10!!! Albo się tak wymieniają. Nie mam pojęcia. Ciężko ich nawet było zobaczyć. Początki były okropne. Żona przez pierwsze 2 tygodnie nie spała(ja na szczęście jestem do niedobudzenia. Prawie.), bo życie zaczynali codziennie o 22:30, reszta studencin schodziła się między północą a 3:00. Po klatce biegali, krzyczeli, drzwiami nakurwiali jakby były od stodoły, a rano jebało fajkami i alkopotem.

Normalnie stojąc z boku i patrząc na siebie samego bym powiedział, że się starzeję, gdyby nie to, że pies mi się podkurwiał i jej szczekanie to jedna z niewielu rzeczy, które mnie budzą, no a rano do roboty trzeba wstać. Trochę się nie wysypiałem, ale pomyślałem sobie: zaraz się uspokoją. Ech, młodzież.

Jeśli nigdy niczego nie wykrakaliście, to żałujcie. Tej nocy o 1:00 jeden fellow wbiegł po schodach jakby goniła go pierdolona strzyga po czym zaczął nakurwiać(bo nie uderzał) pięścią w drzwi i krzyczał coś po arabsku. Czasy takie, że zacząłem się zastanawiać, czy to moje ostatnie chwile życia? Na szczęście zanim zwlokłem dupę i przekonałem starą, że idę mu ryj przymknąć, ktoś jemu te drzwi otworzył. Trwało to jakieś 20min.

it means war.

Rano złożyłem im oficjalną wizytę, zapowiedziany przez herolda(mojego psa) zastukałem kuriozalnie w drzwi. Okazało się oficjalnie, że są spoza kraju i tylko inglisz. Zatem poprosiłem jak na mnie bardzo uprzejmie(nie chciałem wypaść na rasistę albo jakiegoś ksenofoba czy innego diabła) o ciszę, niepalenie szlugów i nie nakurwianie w drzwi po nocach, bo choć ciężko w to uwierzyć, niektórzy wstają o 6 do pracy. Przeprosił, że ostatni raz sratytaty i nara.

Calusieńki weekend była cisza.

Poniedziałek 22:30 –  techniawka, 100 ludzi na m2, butelki, piski chłopców, ryki dziewcząt. Nic nie mówię, bo stara patrzy. Wychodzę ze ściżem i jest kartka: „Dziś są urodziny Felippe, prosimy o wyrozumiałość”. Ogólnie: no jacha. Ale sobie pomyślałem jednocześnie: od czego był weekend? Ale nic nie mówię. Rano wstaje z cięższym niż zwykle okiem, wychodzę z kundlem i BLGH! Przed drzwiami leży worek, z którego docierał taki zapaszek, że musiałem poczynić szybką spierdolkę na dół otwierając każde okno na klatce.

Nic nie mówię.

Ów worek poleżał sobie nieco na klatce, zdążył nawet się odznaczyć białym czymś na miejscu, którym leżał. Mój nos też przesiąknął.

blitzkrieg.

Ogólnie takich nocy z konkursami, kto głośniej wbiegnie po schodach i rozedrze japę na ostatnim piętrze było coraz więcej. Ja stwierdziłem, że się z zabawy wycofuję, bo nie wierzyłem, że tylko ja nie śpię.

No i się nie pomyliłem.

Zawsze mnie zaczepiają jak idę z psem. Mają pretekst do zagajenia.

– O piesek, cześćcześćcześćcześć przywitaj się ze mną!
Kundel merda.
– A pan zna angielski?
+ Ano znam.
– Mamy prośbę. Niech pan kartkię machnie im na drzwi, bo jak słowa mówionego nie rozumieją, to może z kartki będzie im lepiej. Proszę napisać, że jest cisza nocna i że następnym razem wezwiemy policję.

Nie skończyła mówić, ja już wieszałem.

received_15

#soryformajinglisz.
Na reakcję również długo nie czekałem. Śmieci zostały zniesione w trybie nał. Niestety Felippe numer 3 coś białego kapało z worka i śmierdziało jak 8-letni smalec. A, że byłem na fali…

received_157

Był moment oczywiście, że zastanawiałem się, czy powinienem mieć jakieś wyrzuty sumienia, czy to już pod jakieś gnębienie nie podpada. No i pacnąłem się w twarz, spojrzałem sobie w lustrze w oczy i rzekłem z głębi serca głosem Bogusia Lindy: „Chyba cię pojebało.”

tyle wygrać.

Nie uważam w żadnym stopniu, że zrobiłem cokolwiek złego, poza tym, że chyba się mnie boją(zupełnie dla mnie niezrozumiałe :V ) co zdecydowanie nie było moim celem. Ja chciałem jedynie spać w spokoju, żeby pies się mnie nie podkurwiał no i najważniejsze: somsiadki prosiły. Poza tym mała lekcja szacunku do innych lokatorów chyba nigdy nikomu nie zaszkodziła, hę? A za niedługo zapomnimy o sprawie. Może nawet ‚cześć’ im zdążę powiedzieć zanim dadzą dyla. Efekt jest taki finalnie, że somsiadki są zadowolone, bo nikt im po nocach nie hałasuje i nie tłucze butelkami. I co z tego, że czasem się czuję przez to jak stary trep.

Related posts

  • Anna Kurtasz

    Świetnie się czytało! 🙂 Chociaż problemów nie zazdroszczę – szczęśliwa posiadaczka domku jednorodzinnego 😉 Aaaaa i jeszcze fajne wspomnienia z Gdyni, którą kocham! Mamy rodzinę na Grabówku i na Chabrowej 🙂

    http://przystanek-klodzko.pl/

    • Sąsiedzi zza płotu również potrafią dopiec! 😀 za Gdynię ślę Tobie piąteczka do przybicia!

  • Hyhyhy. Też zawsze, kiedy zaczynają przeszkadzać mi sąsiedzi, myślę sobie, że to już starość ciąży nade mną. Póki co mam spokój, bo tu gdzie mieszkam zagranicznych nie uświadczysz. Jak kiedyś któryś z obcokrajowców zapytał starszą panią o godzinę po angielsku, to przez tydzień w internetach krążyło urban legend jak to chcieli ją porwać, ale uciekła. True story.

    • Hahaha! Starsi ludzie lubię kręcić afery! Mi obcokrajowcy w ogóle nie przeszkadzają. Równie dobrze mogli to być nasze rodzime Sebixy ;d

  • Nasz sąsiad, całkiem polski, jakieś 2 miesiące po naszym wprowadzeniu się muzykę włączał o 23. I to była muzyka, delikatnie mówiąc taka, przy której zasnąć nie sposób. Gdy udaliśmy się do niego, bardzo się zdziwił i przyznał, że on się mścił na ludziach, którzy mieszkali pod nim wcześniej i nie wiedział, że nastąpiła wymiana lokatorów. Przez 2 miesiące nie zauważył. A więc tak, sąsiedzi.

    • No ja profilaktycznie mówię wszystkim dzień dobry ;d a mszczenie się to niestety głupi sposób na życie w zgodzie

      • Ja też mówię! Czasami okazuje się, że mówię czyimś gościom, ale w sumie nic w tym złego nie widzę 😀

        • Najczęściej też właśnie czyimś gościom albo totalnie randomowym ludziom 😀

  • Jak jak dotąd żadnych spięć z sąsiadami nie odnotowałam. Z drugiej strony przyjacielskich relacji typu „pożycz mi szklankę cukru” również. Hmm chyba sąsiedzki odludek ze mnie 🙂

    • Chyba w ogóle się odcinamy od takich relacji. Każdy chce żyć swoim życiem i mieć święty spokój. Niby ok, ale ja miło wspominam codziennie pełną chatę gdy byłem mały 🙂

  • Masakra, ostatnio właśnie postowałem o moich kochanych sąsiadach, którzy przyjeżdżają sobie w weekend na działeczki i spalają wygenerowane w mieście odpady. No kocham ich za moje zadymione soboty <3

    • Zabiłbym. Jak komara. Szybko i bez litości. Niewiele rzeczy nie toleruję i spalanie śmieci w piecach/na działkach należy właśnie do nich.